|
|
Gamescom 2013 - relacja
|
|
Autor:
Farmah
Opublikowano:
5 września 2013
Odsłon:
1998
»Skomentuj...
|
|
|
Tegoroczny Gamescom nie był wpisany w mój osobisty wycieczkowy grafik. Do zrobienia dodatkowych 300km zmusiło mnie po części najmłodsze konsolowe dziecko Microsoftu, które z typową dla berbeciów manierą domagało się uwagi. Na kolonijną wyprawę ruszyłem więc w rodzinnym gronie z posklejaną taśmą klejącą i grysikiem dla niemowląt "załogą XboxSpot", by z bliska przyjrzeć się zielonemu bachorowi przy okazji spoglądając na japońskiego dzieciaka, który to podobno zasuwa na czworaka o 50% szybciej niż jego gruby amerykański odpowiednik. Wyjazd ze stolicy województwa zachodniopomorskiego o godzinie 23:00 spowodował, że mimo licznych perturbacji, na miejscu byliśmy zgodnie z planem. Zgodnie z planem większość z nas była wypruta, głównie kierowców, którzy przypominali pałętające się po targach maskotki Plants Vs Zombies. Ciężko stwierdzić czy przypominaliśmy rośliny czy chorobliwie łaknących mózgi istoty. Bez takich dywagacji łatwiej było odgadnąć, kto bardziej stawia na reklamę i marketing - Sony. Wjazd do Kolonii zalał nas dosłownie reklamami PS4 oraz jedną najnowszego Splinter Cella dostępnego na PS3 za całe 33 euro. Ale ja nie o tym.
Na miejscu, po załatwieniu "akredytacyjnych pierdół", zrobieniu rozeznania w stoiskach, ruszyłem ku next-genowej przygodzie. Technologiczny powiew świeżości zacząłem od oglądania i obwąchiwania z każdej strony amerykańskiej konsoli i wszystkich dostępnych akcesoriów z wyłączeniem przenośnego, zminiaturyzowanego piecyka (zasilacz). Optycznie konsola nie przypomina mojego starego, przerośniętego magnetowidu, gabarytowo natomiast przypomina stałego bywalca stacji pompowania kcal (McDonald's/KFC itd.). Pudło jest sporych rozmiarów i bardzo przypomina, nomen omen, pierwszego Xboxa, aczkolwiek poprzez zastosowanie ostrych/prostych krawędzi nie wygląda aż tak masywnie. Zakładam, że ludzie z Redmond sumiennie odrobili lekcje, a ich buńczuczne zapowiedzi o żywotności XO na poziomie 10lat nie są jedynie... cóż, buńczucznym zapowiedziami i taka wielkość została podyktowana bezproblemowym działaniem prostokątnego pudła napędzanego "rocket science" i łzami latającego w Disneylandzie jednorożca. Ponadto standardowo, przewracając oczami, dałem wyraz niezadowolenia z racji zastosowania lakierowanego plastiku. Microsoft może sobie mówić, że zastosowali tony kosmicznej technologii uzyskując najczarniejszy kolor z możliwych, ja natomiast, patrząc przez pryzmat swojego X360 S mówię, "będzie się rysować". Obawy mam też o łypiące na nas złowieszczo w kolorze lodów śmietankowych logo znajdujące się na froncie po prawej stronie. Wieczorami może to być jeden z tych irytujących detali odciągających nasz wzrok od telewizora. Kinect, poza tym, że jest kinectem i nie działa, jest po prostu brzydki toteż momentalnie zacząłem testować pada. Zgodnie z przewidywaniami świetnie leży w dłoni. Dzięki umiejscowieniu baterii wewnątrz obudowy bardzo przypomina obecny przewodowy kontroler, który, co ważne, jest niewiele lżejszy od nowego. Gałki analogowe pokryte na obrzeżach specjalnym "bieżnikiem" jeszcze lepiej lepią się do kciuków, i aż dziw bierze, że nikt wcześniej na to nie wpadł. Można się jedynie zastanawiać nad "ścieralnością" owego patentu. D-pad w końcu przypomina to, czym być powinien, rozpłaszczone spusty winny lepiej obchodzić się z naszymi palcami wskazującymi podczas dłuższego strzelania do next-genowych locustów, przyciski X,A,B,Y są dosyć dobrze osadzone i jedynie z RB i LB miałem mały problem. Nie wiem czy to skutek wielogodzinnej podróży, braku snu czy małych gnomów grasujących wewnątrz pada, ale naciśnięcie w/w wymagało ode mnie przekierowania na palce wskazujące 5% moich mocy przerobowych (bardzo wyczuwalne było "kliknięcie"). Po zakończeniu wpatrywania i wciskania każdego możliwego przycisku, za stosowne uznałem sprawdzenie, co też skrywa nowy dashboard. Guide Button miast wyświetlić małe, dodatkowe okienko wywalił wszystkie opcje na cały ekran, a większość z nich była nieaktywna. Rewolucji nie uświadczyłem, za to natychmiastowego działania jak najbardziej. Po chwili obsługa zaczęła gonić mnie z miotłą i nakazała delektować się grą, którą nie byłem kompletnie zainteresowany przez kilka minut - Peggle 2. Z tym wiekopomnym tytułem wytrzymałem całe 15 sekund i omijając Dead Risingowe oraz Ryseowe kolejki (zieeeeew), udałem się z bratem na kilka partyjek...
PES 2014 Nigdy nie podzielałem chorobliwej obsesji obecnego premiera "haratania w gałę", bardziej umiarkowane ganianie za nadmuchanym balonem tak w życiu jak i na konsoli. Nie mogę jednak nie zauważyć, że seria Konami od dawien dawna już nie tyle, co stoi w blokach startowych, co się z nich pierwszorzędnie wykopyrtnęła. Nie będę wspominał o słabej licencji, nudnym komentarzu czy zatrudnieniu braci Mroczków do sesji mocap, bo leżącego się nie kopie. Toteż pełen nadziei sprawdziłem w praniu nowy silnik graficzny na sprzęcie obecnej generacji (PS3). Muszę przyznać, że Konami, a właściwie FOX ENGINE, to kawał fachowej roboty. Zniknęło drewniane dreptanie kopaczy, czy szybkie przebieranie nogami niczym w kreskówce z Lonley Toons. Cała rozgrywka, poruszanie się zawodników we wszystkich kierunkach jak żywo przypomina ten z konkurencyjnego tytułu podlany dodatkowo mnogością zagrań i randomowego szaleństwa pod bramką. Na powtórkach widzimy również, że pochylono się ponownie nad wyglądem zawodników i osiągnięto chyba apogeum możliwości technicznych obecnego sprzętu. Są jednak dwa małe "ale". Tempo rozgrywki było przeraźliwe wolne i dobitnie brakowało tutaj dynamiki. Drugim problemem była ilość wyświetlanych klatek na sekundę. Na powtórkach animacja rwała się podobnie, co tatar wysadzany dynamitem. Bolało to jeszcze bardziej, jak człowiek stał przy Xboxie One i zagrał w...
FIFA 14 To prawdopodobnie jedyna zmiana, jaką zauważyłem - płynność. 60 klatek na sekundę robi swoje, co w połączeniu z rozdzielczością FHD nie powoduje co prawda ślinotoku oraz graficznych spazmów, ale jak najbardziej przyjemnie działa na receptory wzrokowe. Zmian może być oczywiście więcej, bowiem jak przystało na typowego ignoranta, osobiście nie widzę różnic pomiędzy Ffią 09 i Fifą 13 bądź 14 właśnie, a marketingowa paplanina nigdy na mnie nie działała. Mój osobisty specjalista od gier sportowych (brat) potwierdził moje spostrzeżenia natychmiastowo odnajdując się w grze i wbijając mi 4 gole. By podbudować podupadłe morale teleportowałem się w miejsce, w którym czułem, że mogę pokazać, na co naprawdę mnie stać...
Forza Motorsport 5 Za kółkiem wirtualnych wieloboków spędziłem wiele godzin, ponad połowę czasu objeżdżając S.I. korzystając z kierownicy DriveFX od Logitecha. Dlatego też z pewną dozą pewności wybrałem z dostępnych samochodów McLarena P1, wyłączając przy okazji większość dostępnych asyst. Jeszcze przed startem pokiwałem z uznaniem głową wpatrując się w samo auto. Ilość włożonych nań poligonów ponownie budzi podziw i sam zachodzę w głowę, kiedy w tej kwestii osiągniemy graficzne Himalaje. Po umiejscowieniu kamery wewnątrz pojazdu cieszyć można oczy świetnie wykonaną deską rozdzielczą, czy odbiciem tejże w przedniej szybie. Ot, taki ładniejszy bajer wyciągnięty z PGR3. Ponownie można cieszyć się z 60 klatek na sekundę i zrobić grymas na widok wrednego alliasingu wyłażącego gdzieś w oddali. Sama jazda zaś po Laguna Seca przypomina bardzo FM4 z bardzo miło działającymi wibracjami na spustach i prawdopodobnie tym Forza Motorsport 5 będzie - ładniejszą wersją poprzedniczki bez zmiennej aury czy innych nowinek. Przejazd po torze uświadomił mi również, że ciężko będzie się przestawić na jazdę (przy całej sympatii dla pada z FF w spustach) bez kierownicy. Kilka bączków i wjazd w pułapkę żwirową i ostatnie miejsce? Może szczęścia poszukam przy...
Need For Speed Rivals Najnowszy Need For Speed to dopakowana graficznymi pierdołami wersja Hot Pursuit. Z jednej strony to dobrze, bowiem w odróżnieniu od brzydkiego i nijakiego The Run, w HP grało się przyjemnie, a rozsmarowywanie przeciwników na bandzie powodowało histeryczny śmiech. Z drugiej strony to źle, bo mamy tutaj sytuację opisaną przy okazji FM5. Ładniej i niekoniecznie szybciej - liczba wyświetlanych klatek na sekundę została zablokowana na poziomie 30, i po przesiadce z tytułu od Turn10 człowiek czuł się dziwnie. Ograny kawałek nie umożliwił mi wyciągnięcie również jakichkolwiek wniosków, co do trybu SP/MP. Targowa rozgrywka ograniczyła się do wcielenie w uciekającego/ścigającego (policja) po otwartym świecie z większością elementów zaczerpniętych z Hot Pursuit (drift!). Podobnie było podczas testowania...
Battlefield 4 ... do którego ustawiała się najdłuższa kolejka podczas dnia prasowego. Po wejściu do środka EA wespół z DICE poinformowało nas o zakazie robienia zdjęć/filmów, co było śmieszne z powodu tego, co nastąpiło później. Zostaliśmy zanudzeni 20 minutami trailerów puszczanych z rzutnika, które były dostępne w internecie od kilku dni. Jedyną rzeczą, której do tej pory nie widziałem, był wywiad z niemieckimi aktorami podkładającymi głos pod amerykańsko-szwedzką strzelankę. Klękajcie narody normalnie! Późniejszy etap był o wiele przyjemniejszy, bowiem polegał na wzajemnej rozpierdusze w BF4, który hulał na dopasionych pecetach. Do wyboru gracz dostawał combo klawiatura+mysz bądź xboxowego pada i ruszał w bój, na nowej mapie, w nowym trybie, i, co ważne z punktu konsolowych graczy, przeciw 32 wściekłym żołnierzom. Nowy tryb - Obliteration - polegał na zniszczeniu wrogiego celu przy pomocy bomby, która pojawiała się w randomowym miejscu na wyspie. Dodatkowo silnik graficzny umożliwiał zmianę aury, toteż wielu z nas biegając z wypiekami na twarzy w blasku słońca, pod koniec rundy zmagała się z zacinającym deszczem i syfem utrudniającym widoczność. W samej rozgrywce absolutnie nie widać zmian, wszystko wyglądało jak wypieszczona wersja BF3, co po raz kolejny potwierdził mój osobisty specjalista od gier sportowych oraz Battlefielda (brat), który grając również na padzie zajął pierwsze miejsce w grupie kosząc równo kozaków korzystających z klawiatury i myszy. O problemach ze znikającym HUD-em nie ma co mówić - wiadomo, beta.
Tak oto zleciała jakoś cała środa, gdzie plułem sobie w brodę następnego dnia, że ominąłem Dead Rising 3 - w czwartek po otwarciu hal dla wszystkich kolejki przypominały te z PRLu, więc mając na uwadze własne zdrowie posnułem się po halach jedynie godzinę i ruszyłem w dalszą, planowaną podróż. Na targach dało się zauważyć brak palonych opon, ludzi z widłami zastawiającymi wejście na hale Microsoftu bronami i pługiem. Ludzie bawili się pierwszorzędnie, aczkolwiek niebagatelny wpływ na to miał fakt, że co godzinę do wygrania był Xbox One, którego podobno nikt nie chce:) Dało się zauważyć też sporą grupę osób słuchających wykładu dotyczącego Projectu Spark, czy, jak już wspomniałem na początku, niedziałającego Kinecta. Sprzęt testował mój kolejny specjalista, tym razem od gier wszelakich. Na tapetę wziął Kinect Sports Rivals gdzie na początku pojawiła się ciekawa rzecz. Oto bowiem po czasochłonnym skanowaniu jego facjaty i przeniesieniu w najdrobniejszych szczegółach do konsoli ciągu 0 i 1 wyszedł jakiś cyfrowy, przypadkowy facet w niczym nieprzypominający skanowanej osoby. Zgromadzona gawiedź zareagowała na te rewelacje gromkim śmiechem, a ja ponownie postawiłem sobie pytanie: "na co mi ten zbędny gadżet?" Same next-geny jak i zaprezentowane tytuły były dobre, ale dało się odczuć jeszcze mniejszy skok jakościowy niż poprzednio. Łatwo to naturalnie wytłumaczyć, bowiem w poprzedniej generacji mieliśmy przeskok z ery SD do HD, niemniej jednak jestem pozytywnie nastawiony. FM5, Fifa 14, czy konkurencyjny DriveClub i Knack prezentują się ładnie, i jeżeli porównamy sobie taką chociażby FM2 do FM4 to możemy zacierać ręce i z entuzjazmem patrzeć w przyszłość. No ale to truizm i każdy powinien sobie zdawać z tego sprawę. Większą niewiadomą są dla mnie funkcje i usługi, jakie pojawią się z biegiem czasu. Ale to raczej dywagacje na osobny tekst.
|
Nie napisano jeszcze żadnego komentarza. Bądź pierwszy!
Dodaj swój komentarz
|