HARRY SCHULZ, JASON BOURNE, SZAKAL i inni, czyli Zabójcza Pulpa Fikcyjna
Pewien znajomy, początkujący autor, podzielił się ze mną spostrzeżeniem odnośnie pisania przez siebie powieści. "Wiesz - rzekł - chciałem, żeby ten mój główny bohater był fajny i żeby miał przygody, ale... On jest nudny, zdecydowanie wolę tego drugiego, co to cwaniakuje, jest taki cyniczny i troszkę zły... Ten dobry mnie nie inspiruje, kibicuję złemu". Uśmiechnąłem się, bo - chciałoby się rzec - skąd my to znamy? Pociągające zło. Dość często można wyczytać w różnego rodzaju periodykach, jak to aktorzy cieszą się, kiedy otrzymują role negatywnych postaci, którym nadawać chcą głębię i prezentować złożoność ich psychologii. Klasycznym takim przykładem jest prestiżowe stanowisko nie odtwórcy roli Bonda, ale jego przeciwnika - zostać rewelacyjnym "czarnym charakterem" w bondowskiej sadze to zaszczyt i murowany zapis w annałach historii kina. Filmy o 007 to komiksowa rzeczywistość (dotyczy to nawet usiłujących zachować realizm obrazów z Danielem Craigiem), gdzie nierealny agent walczy z megalomańskimi, a przy tym wydumanymi szwarccharakterami. Na co komu pogłębiona psychologia takiego złoczyńcy, który - przy wszystkich demonicznych minach - pozostaje sympatycznym huncwotem i złoczyńcą jedynie. Otóż to - sympatyczny. Człowiek może i posiada duchowość i dąży do osiągnięcia dobroci skończonej, ale trudno mu przezwyciężyć tę mroczną stronę, która kusi, uwodzi i - co chyba najistotniejsze - niejednokrotnie dominuje. "Nie ma takiego łajdaka, który nie chciałby stać się aniołem" - mówi Maks Baum do Karola Borowieckiego w filmowej adaptacji "Ziemi Obiecanej", w reżyserii Andrzeja Wajdy. Zgoda, ale jakoś ten łajdak jest nam bliższy, ten anioł nas odrzuca. Nikodem Dyzma może sobie najmować morderców, by usunąć z drogi przeciwników, ale... My go jakoś rozumiemy, tłumaczymy, bo i adwersarze są typami "spod ciemnej gwiazdy". Krzysztof Krawczyk może i się nawrócił i dobro czyni wszem i wobec, ale jakoś to poprzednie, hulaszcze wcielenie piosenkarza akceptowaliśmy, jego okazywaną dobroć postrzegamy jako "fiksum dyrdum" (żeby ponownie przywołać tym ulubionym powiedzeniem postać Dyzmy), nie interesuje nas. Wydaje się to jakieś... papierowe. Może dlatego, że zło nas otacza, jest nam bliskie i przez to zrozumiałe, nie wymagające wysiłku, tak bardzo kibicujemy postaciom, którzy - czy na ekranie, czy w literaturze - ucieleśniają to, o czym może pomyślimy, ale na pewno na co zdecydowana większość by się nie odważyła. I voila - oto, w dużym uproszczeniu, geneza popularności płatnych zabójców w kulturze masowej.
Granica się przesuwa
Z podziwu wyjść nie można, dlaczego kibicujemy Jasonowi Bourne'owi - czy temu literackiemu, którego stworzył Robert Ludlum, czy też temu filmowemu o twarzach Richarda Chamberlaina lub Matta Damona. Przecież to zabójca! Bezwzględna maszyna do zabijania, wyćwiczona, wytrenowana do wykonywania odpowiednich zadań. No, tak, ale ścigają go ludzie jeszcze groźniejsi, a on - zagubiony - próbuje dowiedzieć się kim jest... A nawet jak już się dowie - to i tak pozostanie swojskim chłopem, bo bez zapewnionych środków do życia udaje mu się przetrwać do pierwszego dnia każdego tygodnia - zupełnie jak większość pracowników sfery budżetowej. Nie gorsi są bohaterowie "Bractwa róży" Davida Morella. W zasadzie przedstawiona tam fabuła nasuwa automatycznie skojarzenia z trylogią Ludluma (zanim Eric von Lustbader nie przemienił jej w wielologię). Też mamy świat zabójców (część z nich na usługach wywiadów obcych państw) oraz głównego bohatera - Romulusa, który ulec ma likwidacji. Czytamy o świecie pełnym machlojek, intryg, osobistych rozgrywek, gdzie nikt nie jest postacią sympatyczną, ale... ponownie, kibicujemy zabójcy, na którego czyhają jeszcze groźniejsi, zepsuci do szpiku przeciwnicy. Hm, można dojść do wniosku, że życiowy wybór mniejszego zła przenosimy również kierując się sympatią do książkowych protagonistów. I, szczerze mówiąc, nie mylimy się jakoś bardzo w tej kwestii. Widoczne jest przesunięcie się granicy sympatii dla "złych" bohaterów (bynajmniej nie antybohaterów, to pojęcie o dużo większej pojemności) - na początku XX wieku wątpliwe moralnie było kibicowanie Arsenowi Lupinowi, czy Fantomasowi, ale oni byli jedynie złodziejami-dżentelmenami lub nieszkodliwymi anarchistami, którzy wypełniali szpalty brukowców (dziś byśmy rzekli - tabloidów). W połowie minionego stulecia już groźniejszym, lecz wciąż sympatycznym złoczyńcą stał się niejaki Simon "Święty" Templair. Nie wierzcie ugrzecznionej telewizyjnej wersji z Rogerem Moore'em - "Święty" potrafił zabić z zimną krwią i złupić majątek ofiary, ale czytelnicy i tak go kochali. Bo potrafił się zakochać i obronić kraj przed... Tak! Gorszymi od siebie. Ale gdzie tym wszystkim nicponiom do Jasona Bourne'a, Romulusa, czy bohatera powieści Frederica Forsytha - "Dzień Szakala"! Tak naprawdę, wzorcowych zabójców, idealnie spełniających kryteria "zabójcy, z którym sympatyzujemy" można wymienić trzech: wspomniany Szakal (usiłujący przeprowadzić zamach na generała de Gaulla), Harry Schultz (bohater cyklu powieściowego francuskiego pisarza Serge'a Jacquemarda) oraz... tak, tak - Dexter, którego do literatury wprowadził Jeff Lindsay, a potem trafił na ekrany telewizorów i rozkochał w sobie widzów na całym świecie. Moralnie usprawiedliwione zło Lubimy tych "złych i brzydkich". Oni są nasi - to takie refleksy naszych demonicznych pragnień, nazwijmy to - radykalnych rozwiązań porządkujących świat. Oczywiście, zabijanie dla samego zabijania rzadko kiedy bywa przekonujące, ale nawet proste wytłumaczenie, jak filozofia skazańca z początkowych fragmentów filmu Władysława Pasikowskiego "Psy2: Ostatnia krew", kwitujący motywy krótkim "wyrwałem chwasta" budzi nasze zrozumienie. Dextera nie postrzegamy jako psychopaty - no, może trochę tak, ale to psychopata okiełznany, który kieruje się szlachetnymi pobudkami (szlachetne zabijanie?? Osobliwy oksymoron). Od biedy można stwierdzić, że i "Szakal" walczy z establishmentem. A powyższy wywód, poza oczywistymi walorami reklamującymi dobrą literaturę sensacyjną, ma jeszcze na celu jedno: jeśli u któregoś z graczy "Assassin’s Creed III" czy "Dishonored" pojawi się refleksja dotycząca etyczności postępowania i zasadności wcielania się w zabójcę... Cóż, niech ten tekst posłuży za Uspokojenie Sumienia Instant. Zabójcza Pulpa gotowa w pięć minut.
|