Wszyscy Ci, którzy ze łzą w oku wspominają zarwane godziny przy “Wolfenstein 3D” czekali na ten dzień. Raven reaktywuje tę znaną serię, co budzi ogromne nadzieje. O tym, czy nowy “Wolfenstein” jest wart uwagi, możemy przekonać się dzięki niedawno zamieszczonej wersji demo, którą właśnie przetestowałem.
Ponownie wcielając się w B. J. Blazkowicza, najlepszego amerykańskiego agenta, będziemy musieli uratować świat. Tak, tak, naziści znowu kombinują, tym razem przy energii Czarnego Słońca i Woalu, chcąc utworzyć potężną broń masowej zagłady, a nasz bohater im w tym przeszkodzi - to już bardziej niż pewne. Choć fabuła zbyt wymyślna nie jest, może zaciekawić. O tym, czym jest owe Czarne Słońce napiszę później, teraz skupmy się na naszym bohaterze. W trakcie jednej z misji dywersyjnych przed niechybną śmiercią ratuje go pewien magiczny amulet. Wywiad chce dokładniej przyjrzeć się sprawie, więc wysyła naszego herosa do Eisenstadt, gdzie w jednej z kopalni znajduje podobny talizman (choć mocno okrojony jeżeli chodzi o możliwości) i dowiaduje się, że główne badania nad Woalem odbywają się w Hamburgu. I tu zaczyna się nasz udział w demie, gdyż misja osadzona jest na stacji kolejowej, do której wjeżdżamy biednym, nie zbudzającym podejrzeń wagonem skleconym z desek. W przedostaniu się do miasta pomagają nam kamraci z ruchu oporu.
Jeżeli chodzi o strzelanie, nie ma tu rewolucji. Już od pierwszych chwil gdy załapiemy za M40 akcja nie zwalnia. Brnąc do przodu, napotykamy coraz większe fale wrogów, lecz nie są one specjalnym wyzwaniem, gdyż ich AI nie wymusza na nas stosowania jakichś skomplikowanych taktyk. Ot strzelaj, ukryj się, rzuć granat, w biegu rozwal resztkę ocalałych. Proste, ale nadspodziewanie przyjemne. Ww. sekwencję będziemy mogli wykonać w demie za pomocą tylko 5 broni (w pełnej wersji tylko 8): M40, Kar94, stacjonarny MK40, granat oraz (i tu perełka) działo cząsteczkowe. Dlaczego takie dobre? Ano jest to jedna ze specjalnych broni nazistów, wykorzystująca tę niesamowitą energię. Strzela ono ciągłym, jasnoniebieskim promieniem, które zamienia wrogów (a najlepiej całą i falę) w proch. Dosłownie. Na szczęście małą ilość broni twórcy rekompensują nam możliwością ich upgrade'u, a wybór jest całkiem spory. Dokonamy jej u handlarzy czarnego rynku, rozrzuconych po całym mieście. Pieniądze natomiast kolekcjonujemy przeszukując dokładnie wszelkie zakamarki map, gdzie ukryte są także złote „znajdźki”, odblokowujące nowe ulepszenia. Do kogo więc postrzelamy tym wypasionym sprzętem? Niektórzy mogli by odpowiedzieć "Do szwabów, oczywiście!", lecz nie odważyłbym się tej wypowiedzi zamieścić w tekście. Mógłbym zebrać niezłe baty od szefa. Wracając jednak do tematu, w tej wersji demonstracyjnej zastrzelimy zatrzęsienie szeregowych ze swastyką na ramieniu, oraz jedną jednostkę mocniej opancerzoną, wyposażoną we wspomniane działo. Oczywiście seria w tors go nie rusza, dlatego wchodzimy do Woalu i strzelamy w jego zaznaczone słabe punkty. Idą za ciosem, muszę w końcu opowiedzieć czym, do diaska, jest ten Woal. Otóż jest to równoległa rzeczywistość, której motorem napędowym jest to Czarne Słońce, o którym wspominałem na początku. Tenże świat nie charakteryzuje się jedynie innymi barwami, lecz także tym, że moc Słońca ujawnia nam takie sekrety, jak ściany zakrywające tajemne przejścia. To, co w naszym świecie wygląda na zwykłą, solidną kupę cegieł, w Woalu może okazać się dziurą umożliwiającą przejście do tajemnych komnat. Oczywiście moglibyśmy latać cały czas w tym drugim świecie, sprawdzając każdą ścianę w mieście, dlatego ktoś był na tyle uprzejmy, że wszelkie tego typu przejścia zaznaczył ikoną czarnego słońca. Oprócz tego, w Woalu poruszamy się znacznie szybciej. Tak więc amulet (który w demie po chwili zdobywa możliwość zwolnienia czasu) jest największą innowacją, która ma duży potencjał. I tu pojawia się jedna z największych wad gry - panowie z Raven potraktowali ten temat po macoszemu. Widziałem tylko jedną ścianę będącą ukrytym przejściem, a grając na hardzie nie odczuwałem potrzeby bycia szybszym lub zwolnienia wrogów, tak więc skorzystałem z tego gadżetu tylko dwa razy. W sumie to również wina tego, że gra jest prosta. Nie napotyka się tu na żadne wyzwania, tylko bezstresowo leci przed siebie, w czym dodatkowo pomaga kompas z zaznaczonym położeniem kolejnej wytycznej, który zerżnięty jest z "Call of Duty". Dodatkowym urozmaiceniem rozgrywki są występujące w niektórych momentach zaburzenia grawitacji. Wrogowie lewitują 3 metry nad ziemią, strzelając nieporadnie na ślepo. Zastanawia jedynie fakt, dlaczego my po chwili spokojnie opadamy na podłoże, a naziści wiszą w najlepsze, nawet godzinę?
W kwestii oprawy audiowizualnej, nie mam się do czego przyczepić. Wszystko tu wygląda ładnie, wszelkie wystrzały i wybuchy, "efekt taplania się w wodzie" czy wybuch wyżej wspomnianego uber żołnierza. Stacja kolejowa po której się poruszamy została dobrze zaprojektowana. Widać tu wiele szczegółów, a porozwieszane czerwone płachty ze swastykami nadają klimatu. Może jedynie niektóre tekstury są trochę kiepskie, ale w czasie intensywnego grania tego się nie zauważa. Spodobała mi się także śmierć wrogów, czyli ich ładne animacje. Słyszałem głosy, że leje się z nich niemożliwie duży krwi co psuje wiarygodność, ale ja się z tym nie zgadzam. To szczegół który niknie w natłoku pozostałej nierealności. No i to po prostu sympatyczne, kiedy po naszym celnym strzale żołnierz łapie się za gardło próbując zatrzymać fontannę czerwonego płynu, lub zwyczajnie pada na glebę bez głowy. Jeżeli zaś chodzi o dźwięk, to cały czas przygrywają nam orkiestrowe utwory, dobrze komponującym się z akcją. Sprawdziłem nawet czy zróżnicowano dźwięk uderzenia kolbą o rozmaite materiały. Efekt był zadowalający. Muszę jednak przyznać, że skłamałem w pierwszym zdaniu tego akapitu, gdyż są dwa małe szczegóły które lekko mnie drażniły: Niemcy (choć z niemieckim akcentem) mówili po angielsku, a nasi sprzymierzeńcy co chwila krzyczeli jak to my świetnie nie strzelamy.
W zakończeniu muszę odpowiedzieć na pytanie postawione na początku artykułu: Czy nowy "Wolfenstein" jest wart uwagi? Na pewno. Choć nie jest to gra walcząca o miano GOTY, z pewnością jest solidnie wykonanym shooterem, dającym sporo frajdy. Jednak w tej sytuacji nasuwa się kolejne pytanie: Czy warto kupić teraz "Wolfensteina", skoro już niedługo nadejdzie premiera "Modern Warfare 2"? No cóż, na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Ja poczekam do 11 października.
Ocena początkowa: 8/10
Więcej:
» Zamów ten tytuł w sklepie AGARD.pl
» Zobacz ten tytuł w Bazie Gier